
Spytany w jednym z odcinków, dlaczego siedzi cicho przy stole, Tony Soprano odpowiedział: Cóż, ponieważ wspominki to najniższa forma konwersacji. A, jako że ostatnio częściej niż zwykle łapię się na nostalgii, chcę powiedzieć: nostalgia to najniższa forma pamięci. Biada nam, nostalgicy, albowiem rozpamiętujemy się w kłamstwie.
Gdy już mnie łapie, nadziewa przeciętego w pół na różne stożki czy rożki i kręci, czekając aż puszczę wspomnieniowe soki. A przecież to nie moja rzecz, tak patrzeć w tył. Nie mój styl. Jestem wrogiem nostalgii. Aż tu nagle zapragnąłem przeczytać książkę, której fragment noszę w sobie od lat, była taka współczesna, nowoczesna, skrojona pod te czasy aż doszło do mnie, że wyszła... 20 lat temu. I coś we mnie zatęskniło, choć przecież nie było za czym. Samej zaś powieści bliżej już do historycznej, lub przynajmniej do miana „świadectwa czasów”, niż bieżącego komentarza, współczesności.
Leżę rozciągnięty z książką w pasie słońca. Przejeżdżam przez pustynię w GTA: San Andreas. Wdycham zmierzch i palone liście. Kartkuję gorączkowo nowe CD-Action, albo Giganta. Przy monitorze z dupką oglądam z dysku Rodzinę Soprano, albo Planety Małp z lektorem. Siedzę wtedy w dziwnym blasku i cudownie sam, jak chyba nigdy później. Potem kiwam głową i rozganiam te myśli o dziwnej poświacie, tak jak dzieci rozganiają rynkowe gołębie. Wcale, ale to wcale nie chcę tam wracać.
Nie chcę znów być nastolatkiem, mieszkać z rodzicami, zależeć od ocen i kieszonkowego, wzdychać do rzeczy, które są poza moim zasięgiem, (nie)słuchać nauczycieli. Nie chcę ukrywać się z papierosem, pytać o zgodę na wyjście i negocjować z tego wyjścia godziny powrotu. Chcę, i szczęśliwie już tak będzie, pozostać dorosłym.
Nie dlatego, że wtedy było źle, chociaż właśnie dlatego. Bo nigdy nie było całkowicie dobrze. Nostalgia, jako tworzycielka samych szczęśliwych wspomnień, z samego tego już faktu jest fałszywa. Próbuje nam wmówić, że żyliśmy w swojego rodzaju blokach szczęścia, całe szczęśliwe kwadraty składające się na nasze życiowe etapy. Ludzie mówią „na studiach imprezowałem”, albo „moje małżeństwo to było piekło na ziemi”, ale przecież nie przez cały czas, nie od dnia pierwszego do ostatniego! Samemu ozłacam pewien okres, wracam do niego jako do najszczęśliwszego, by prędko wyprowadzić się z tego błędu.
Opowiem Wam: Dawno temu mieszkałem ze swoją ówczesną partnerką w pięknym rejonie Wrocławia. Byliśmy nowi w mieście, więc każdy spacer rodził dziwy i zachwyty, przygoda czekała na każdym rogu. Na przystanku tramwajowym spotkałem znajomego z rodzinnego Poznania. Okazało się, że mieszka po drugiej stronie ulicy. Poznałem jego przyszłą żonę oraz współlokatora, z którym się zaprzyjaźniłem. Oglądaliśmy filmy, mieliśmy wspólne kolacje, paliliśmy zioło na balkonie. Zdarzyło się nam nawet nakręcić skromny film krótkometrażowy, i to w jedno sobotnie popołudnie.
Pracę lubiłem i byłem w niej lubiany. Pracowałem z fajnymi ludźmi. Bywało, że wracałem z takim jednym, siadaliśmy przy powalonym drzewie, piliśmy piwo i rozmawialiśmy o filmach, książkach, planach. Wszystkim. Pracowałem nad swoją pierwszą, nigdy niewydaną, książką. Miały jeszcze minąć lata, nim zadebiutuję. Wszystkie te wspomnienia przychodzą do mnie łatwo, skąpane są w swojego rodzaju poświacie czy też blasku. Jest w nich dużo słońca i raczej nie oddają konkretnych momentów, są bardziej uogólnieniem wielu chwil.
Z większym trudem przychodzi mi przywołanie gorszych wspomnień. A przecież kłóciliśmy się, w różnych konfiguracjach, czasem bardzo mocno. W mieszkaniu po lewej kobieta strasznie krzyczała na swoją córkę, prawie codziennie. Po prawej zaś mieszkała staruszka spragniona kontaktu, rozmowy. Tak bardzo, że jej samotność niemal rozrywała serce. Borykaliśmy się z notorycznym brakiem pieniędzy, ratowała nas karta kredytowa. Kuchnia i kibel to były małe kwadratowe pomieszczenia, a w mieszkaniu ciągle coś wymagało naprawy. Raz zemdlałem na schodach, ocknąłem się wystraszony na półpiętrze, w konsekwencji miałem rezonans magnetyczny i różne badania. Do dziś cholera wie, co to było. Innym razem w naszym bloku wybuchł pożar, który zignorowaliśmy przekonani, że to zbyt absurdalna myśl, by to u nas się paliło…
To nie tak, że teraz ważę dobre i złe chwile, by wyciągnąć jakiś bilans. Po prostu zdumiewa mnie łatwość, z jaką z tych wspomnień mój mózg ulepił błyszczącą się papkę. Ugrzecznioną i zafałszowaną wersję przeszłości. Jakby chciał dać mi odetchnąć, jakbym miał obracać głowę w tył tylko ku temu, co przyjemne. Wszystkich nas zwodzi, przekonując nas, że byliśmy lepszymi przyjaciółmi, rodzicami, partnerami niż w rzeczywistości. Sami siebie fałszujemy, klepiemy po plecach, zapewniamy, że nie było wcale tak źle. Ba, było wspaniale! To jak zły ojciec mówiący dorosłemu dziecku „tak nie było, źle to zapamiętałeś”, upierający się przy własnej wersji zdarzeń.
A przecież teraz, wiem to na pewno, jestem szczęśliwszy. Lepiej nigdy nie było. Dlaczego więc nie przechadzam się skąpany ciągle trwającym blaskiem? Allen Ginsberg napisał kiedyś, że „jadamy kanapki z rzeczywistością”. Skoro tak, to szczęście tu i teraz to jedynie ulotne chwile, te krótkie momenty jedności ze światem. Musi minąć czas, by nasze umysły zaczęły z masy wspomnień wykłuwać pomnik, symbol danego okresu. A potem już z górki.
Przeszłość ujawnia się ze swoim łagodnym uśmiechem i pomijaniem przykrości. Przeszłość to bezpieczna przystań, gdzie wszystko już się wydarzyło. Pozbawiona jest więc niespodzianek, zaskoczenia i konieczności reagowania na bieżąco. Nawet złe wspomnienie nabiera blasku, bo przecież to już za nami, przeżyło się. Strach ma wielkie oczy, a koniec końców i tak nie było czego się bać.
Pamiętam, jak bardzo dziwiła mnie swojego rodzaju swada niektórych powstańców warszawskich, którzy dzielili się wspomnieniami do kamery. Z błyskiem w oku uśmiechali się do wspomnień. Wtedy byli młodzi, to oczywiste, ale nie wierzę, że porywając się na niemiecki czołg czy oddział, nie drżeli ze strachu. Po prostu przeżyli. A teraz mogą o tym opowiadać, wiedząc, że to nie im stała się krzywda. Oglądają film z owej bezpiecznej przystani, z przeszłości. A wszystko to zniekształcone i ozłocone.
Jakiś czas temu polską literaturę zalała fala książek nostalgicznych, które podejmowały, zazwyczaj nieudane, próby rozliczenia się z daną epoką, czasem. Rozliczenia zazwyczaj były prywatne, ot „ja i moje życie wtedy”. Autorów takich książek można było podzielić na dwie grupy: miastowych i powiatowych. Miastowi prześcigali się wręcz we wciskaniu wszędzie nazw z epoki, takich, które natychmiast uruchamiają wspomnienie, nostalgię. Neostrada, Walkman, Tazosy... Tak jakby przeszłość była ledwie zbiorem rekwizytów, albo składała się tylko z nich. Autorzy powiatowi zaś lubią odmalowywać tę samą do nich podobnym historię. Jest w niej zazwyczaj bieda, wstyd z nią związany, zamknięcie jakiegoś zakładu pracy, ale też słodycz życia ukryta w prostych zabawach i przyjaźniach, trzepakach i niedzielnych rytuałach. Tam także, wbrew pozorom, zwycięża nostalgia, to wcale nie zapis dziecka-narratora, to płukanie wspomnień w nostalgicznym strumieniu, nadawanie im blasku.
Nie ma bowiem lepszego świadectwa dla danej epoki, zapisu jej rzeczywistości, niż literatura, która powstawała ówcześnie. Na bieżąco, sobie współczesna a nam odkrywająca przeszłość bez zbędnej osłody, bez wysilonej gimnastyki językowej. Pozbawiona detali, które koniec końców nie mają znaczenia. Są „najniższą formą konwersacji” z czytelnikiem. Śmiał się z nich Palahniuk, nie umiał uniknąć Witkowski.
To niesamowite jak słodka staje się pokuta wraz z upływem czasu. Jak można uśmiechnąć się do własnego pecha. Nostalgia jest swojego rodzaju odmową, by wyciągnąć z przeszłości i własnych doświadczeń jakąś lekcję, bo samo „jakoś człowiek przetrwał” to żadna lekcja. Nostalgia wybacza i snuje nieco narkotyczną wizję.
Świat przyspieszył, politycy powariowali, chociaż jeszcze jesienią zdawało się, że osiągnęli w tym swoje maksimum. Nikt nie wie, co będzie dalej z czymkolwiek, przecieramy zdumione oczy w teatrze absurdu i przeżuwamy słynna gorzką refleksję: nic nie możemy, na nic nie mamy wpływu, jak zawsze. Nic więc dziwnego, że odwracamy się i patrzymy w przeszłość, która mogła być równie niezrozumiała, ale przynajmniej zakończona, bezpieczna.
To dlatego tak mnie chwyciło. Kusiło sprytnie w stronę 2005, gdzie był tylko pas słońca i literatura, która ma moc zatrzymywania świata. Nie chcę patrzeć wstecz i oglądać tego światła. Doceniajmy dobre chwile, bierzmy z własnych doświadczeń, nie powtarzajmy swoich błędów, jasne. Jednak pamiętajmy, że to, co nas teoretycznie stwarza, wykrzywia się fantazyjnie pozbawione naszej świadomości, wpływu. Upływ czasu robi ci z przeszłości kiczowaty wazonik, nigdy nie więdną w nim kwiaty, ale nie masz na to wpływu. Brodzisz w kłamstwie, brodzisz w iluzji.
Jeśli podobał ci się ten tekst, możesz postawić mi symboliczne piwko.


Nie wiem jak gdzie indziej, ale trend na nostalgię wśród millenialsów wydaje się być w sporej mierze sprytną kreacją marketingową (text poniżej o własnych potyczkach z pamięcią zawiera odniesienie do książki, która trafiła jako bonus do jednego z wielkich tytułów prasowych):
https://naszerokimmarginesie.blogspot.com/2023/01/text-pajeczyny-pamieci-powsta.html
Pozdrawiam, życząc udanej teraźniejszości, JS.